„Ex luto Marienburg, Buda ex saxo, ex marmore Mediolanum” – ta łacińska, średniowieczna sentencja prawi, że Mediolan powstał z marmuru, Buda z kamienia, a Malbork …. z błota. Tak, ni mniej, ni więcej tylko właśnie z żuławskiego błota.
Zastanówmy się nad sensem tego zdania, przytaczanego przez literata Henryka Sienkiewicza w „Krzyżakach” czy geografa Stanisława Srokowskiego w dziele „Miasta i ludzie Prus Wschodnich”. Po pierwsze musimy zauważyć, że chodziło tu nie o miasto Malbork (civitas) tylko o warownię Zakonu NMP (Ordens Haupthaus). Po drugie stawiało tę niezdobytą twierdzę na równi z najwspanialszymi budowlami średniowiecznej Europy. Po trzecie wskazywało na budulec służący do wniesienia tego imponującego dzieła architektury i sztuki, wyprzedzającego swoją epokę pod każdym względem – a była nim cegła, cegła wyrabiana z „błota” czyli tak naprawdę z pruskiej gliny. Budowa malborskiego zamczyska trwała ponad 150 lat, a użyto przy niej, według szacunku badaczy, od 35 do 50 milionów cegieł !!! Nie ma na świecie drugiego obiektu, w którego konstrukcję włożono by tyle czerwonych kostek uformowanych z pokrojonej gliny i wypalonych w piecach. Coś niesamowitego!
A początkowo nic nie zapowiadało tego rozmachu i nieosiągalnej dla innych budowniczych maestrii. Kiedy w roku 1274 mistrz krajowy Konrad von Thierberg Starszy rozpoczął budowę, powstawał w zakolu żeglownego Nogatu po prostu kolejny zamek konwentualny, mniejszy i niższy rangą administracyjną od elbląskiego, stanowiący siedzibę komtura. Potem jednak Wielki Mistrz – Sigfried von Feuchtwagen – powziął myśl, by przenieść stolicę z Wenecji do Prus, z południa na północ kontynentu. Pomny na smutny los Zakonu Templariuszy (ten pechowy piątek 13 marca 1314 roku), świadomy napiętych stosunków z mieszkańcami „miasta na wyspach”, tu na podmokłych, trudno dostępnych nizinach nadwiślańskich – trzeba przyznać dalekowzrocznie - upatrzył miejsce dla centrum tworzącego się państwa mającego decydować o rozwoju cywilizacyjnym północnej Europy.
I wtedy się zaczęło. Powiększono zamek konwentualny rozbudowując go między innymi o kościół Mariacki i wieżę obserwacyjną, od 1306 roku wyburzano opadające po wzniesieniu nachylonym ku północy przedzamcze (Vorburg), tworząc na jego miejscu drugi, jeszcze większy zamek. Tak zaczął powstawać właśnie Zamek Średni. W przeciwieństwie do Zamku Wysokiego, zamkniętego i klasztornego, stał się on ośrodkiem życia, nazwijmy to „cywilnego”, a może lepiej powiedzieć – „rycerskiego’. W nim powstały komnaty przeznaczone dla Wielkiego Mistrza, dla jego zastępcy – desygnowanego do poselstw zagranicznych, dla Wielkiego Komtura, dla Wielkiego Marszałka, będącego dowódcą sił zbrojnych, dla Wielkiego Szpitalnika, Wielkiego Skarbnika i dla Wielkiego Szatnego; a dla obsługi tych dostojników potrzebne były jeszcze liczne kancelarie obsadzone przez pisarzy, rachmistrzów i mniejszych rangą urzędników. Poza tym dla właściwego funkcjonowania zakonu, jako organizacji militarnej, politycznej, administracyjnej, gospodarczej i społecznej (w tym medycznej), niezbędne okazały się przestronne, wygodne i eleganckie pomieszczenia reprezentacyjne i usługowe – w tym Infirmeria (szpital), Zbrojownia, Wielki Refektarz oraz Refektarz Zimowy i Refektarz Letni usytuowane w przepysznym, zdumiewającym zastosowanymi rozwiązaniami architektonicznymi Pałacu Wielkich Mistrzów.
Słuchając tych opowieści Pani Małgorzaty udaliśmy się w kierunku Zamku Średniego podziwiając jego podkowiasty kształt złożony z trzech skrzydeł obejmujących niezwykle rozległy dziedziniec założony na planie trapezu. Ileż na tym dziedzińcu musiało się kiedyś dziać!, jaki tu panował gwar i rwetes! O ile na dziedzińcu Zamku Wysokiego dominowała cisza i religijne skupienie, tu toczyło się wartko życie we wszystkich jego odcieniach. Pojawiali się tu licznie, tak jak dziś turyści, goście zakonu, czyli głównie rycerze wspomagający Krzyżaków w ich podbojach terytorialnych maskowanych pod ideą szerzenia chrześcijaństwa. Przybyszów z zachodniej i południowej Europy, w tym też władców feudalnych, dyplomatów, posłów, dworzan i dostojników kościoła przyjmowano w skrzydle wschodnim – dla ich potrzeby wzniesiono kaplicę pw. św. Bartłomieja.
My powędrowaliśmy natomiast do skrzydła zachodniego, albowiem tam znajdują się pomieszczenia przyciągające największą uwagę zwiedzających. Zaczęliśmy od piwnic poznając tajemnice urządzeń, dzięki którym malborski zamek był nie tylko niezdobyty, ale również wygodny dla jego mieszkańców. Skoro o wygodach mowa, to we wnętrzach tych grubych, ponad trzymetrowych murów musiało być ciepło. I budowniczowie zamku o tym nie zapomnieli, wymyślili bardzo wymyślny system ogrzewania sal i komnat zamkowych, który właściwie działa do dziś. Mogliśmy się z nim zapoznać zstępując po stromych schodach poniżej Wielkiego Refektarza.
Ten piec, pochodzący z lat trzydziestych XIV stulecia, zwany był hypocaustum. Składa się on z komory paleniskowej (dolnej) oraz akumulacyjnej (górnej). W dolnej rozpalano sterty drewna, a ogień, który był umiejętnie utrzymywany rozgrzewał kamienie wypełniające komorę leżącą powyżej. Kamienie kumulowały ciepło, zatrzymywały je, a następnie emitowały ciepłe powietrze transportowane kanałami do położonego wyżej pomieszczenia tj. Wielkiego Refektarza. Tam znajdowały się otwory zamknięte metalowymi pokrywami, które służyły do regulacji temperatury w pomieszczeniu. Był w murze nad komorą inny jeszcze kanał, odprowadzający dym do komina, całość pomyślano sprytnie tak, by dym rozchodził się innymi drogami niż nagrzane powietrze, by goście grzejąc się nie dusili się jednocześnie. Piec działał mimo upływu wieków, co sprawdzono w dniu 3 kwietnia 1822 roku: pięć godzin palono drewnem świerkowym zużywając 60 kłód, a kiedy uzyskano temperaturę 200oC otwarto pokrywy w sali osiągając 18 stopni, przy temperaturze na zewnątrz bliskiej zera.
Staliśmy nad pokrywami w Wielkim Refektarzu i podziwialiśmy to cudo techniki zapożyczone z antyku i udoskonalone w wiekach średnich. Odsłoniwszy jedną z pokryw zobaczyliśmy czerwone światło w kanale, lecz to tylko inscenizacja dla zwiedzających. Jednak piec, wierzcie lub nie, działałby dalej, gdyby znalazł się palacz i duża sterta opału.
Wielki Refektarz (Refectorium), ależ to cudowne dzieło, pisano o nim, że stanowi największe i najwspanialsze wnętrze w całej świeckiej architekturze Zakonu NMP. Przestronne, o klasycznych proporcjach, umiejętnie doświetlone czternastoma wysokimi oknami przepruwającymi mury od wschodu i zachodu, nakryte monumentalnym palmowym sklepieniem wspartym na trzech smukłych kolumnach. Zdolne pomieścić do 400 osób, które nie czuły się wszak stłoczone, przeznaczone do organizacji uczt, biesiad i zabaw, wywierające ogromne, niezapomniane wrażenie na poselstwach przysyłanych tu z najważniejszych europejskich dworów. Wszyscy obecni byli po wizycie pod wrażeniem potęgi i bogactwa gospodarzy. Tym bardziej, gdy wspominali potrawy podawane na stoły i napitki wlewane do złotych kielichów. Przygotowywano te cymesy obok, w pomieszczeniu drugiej kuchni (drugiej po kuchni konwentu) z bardzo wysokim okapem zwieszonym nad paleniskiem. Za kuchnią znajduje się lokum kucharza dekorowane malowidłami w formie rozwieszonych draperii. Że był to osobnik poważany, bo warzący dla Wielkiego Mistrza i jego dostojnych gości, świadczy fakt posiadania osobnej, własnej łazienki z latryną. Nie każdy w zamku mógł liczyć na tego typu wyróżnienie.
I w końcu dotarliśmy strudzeni i umęczeni do Pałacu Wielkich Mistrzów. A tam szybko spojrzeliśmy na „apartament” najważniejszego z Wielkich Dostojników złożony z garderoby, sypialni, pokoju dziennego oraz prywatnej kaplicy pw. św. Katarzyny. Teraz jest tam trochę pustawo, brak mebli i innych sprzętów czyni te pomieszczenia trochę bezosobowymi, choć zdobią je piękne, barwne polichromie pokrywające ściany i sklepienia.
Wreszcie usiedliśmy w kolejnym wielkim i reprezentacyjnym pomieszczeniu, jak się okazało w Letnim Refektarzu (bo obok jest też Refektarz Zimowy). Tutaj zdumiał nas widok żebrowego sklepienia wspartego na jednej tylko kolumnie, ktoś pięknie to opisał porównując jego konstrukcję do widoku palmowego liścia spływającego lekko na ściany, a właściwie unoszącego się w powietrzu. Pełnił ów refektarz rolę sali audiencyjnej, gdzie przyjmowano obce poselstwa i organizowano bardzo ważne narady, na których zapadały decyzje wpływające na bieg historii i sposób urządzania świata. O jednej takiej naradzie mówi legenda związana z kamienną kulą tkwiącą w ścianie, jest to tzw. Polenkugel, która budziła w Prusakach przez wieki uczucia trwogi, ale też nienawiści i złości. Gdyby bowiem się udało, gdyby kula nie chybiła o trzy palce, dzieje obszaru leżącego w północnej Europie, na południowym wybrzeżu Bałtyku, mogły się potoczyć zupełnie inaczej. Trzech palców zabrakło, czyli gdzieś tak 5 cm !
Opowiedziała nam tą legendę Pani Małgorzata, a ponieważ nie jesteśmy w stanie odtworzyć dokładnie jej słów, oddajmy głos naszemu pastorowi Wedeke; on ową historię zrelacjonował tak:
„W Starym Zamku znajduje się jeszcze […] sala spoczywająca na jednym filarze. W czas wielkiej opresji po bitwie pod Grunwaldem roku 1410 Polacy nadciągnęli również pod Malbork i twardo oblegali zamek, i wkrótce naprawdę byliby go zdobyli, gdyby bracia się poddali. Ponieważ ci jednak tego nie chcieli, praca tamtych przeciągała się tak długo, a wielką niewygodą było dla nich to, iż nie mogli zdobyć furażu, zaś ci w zamku strzelali i nacierali tak zuchwale, że aż rozległy się skargi, iż sami czują się oblężeni, a umyślili przecież oblegać tamtych. Cóż mogli uczynić lepszego niż pociągnąć dalej ? Niemniej wówczas, gdy gorzał jeszcze ich animusz i mocno wierzyli, że zdobędą tu bogaty łup, próbowali starej sztuczki, która pod Grunwaldem wyświadczyła im tak wyborne przysługi – wykorzystania wiarołomstwa wśród ludzi zakonu. Zmówili się z kimś w zamku, miał on od zewnątrz zawiesić kapelusz przy oknie sali z jednym filarem, w godzinie, kiedy wielki mistrz Heinrich Reuß będzie jadł obiad wraz z innymi braćmi. Wówczas po ich stronie gotowa miała być artyleria z puszkarzem, który wystrzeli, trafi w kapelusz i filar, zmiecie je, zgładzi mistrza wraz z całym konwentem i tym samym położy kres całej wojnie i oblężeniu. Aj, na zamieszkanie czekały jakże piękne zamki, jak dobrze pobudowane wsie i miasta, piękne pola […] Ach, gdybyż tylko najpierw przestrzelić ten filar ! Wreszcie naprawdę strzelono, trafiono w dobre okno, ale chybiono filara. Zrobiono więc to, co pozostało do zrobienia: zawarto pokój, a zakon wrócił do takiego samego stanu jak przed wojną”.
Podziękowaliśmy pięknie naszej Przewodniczce, z przyjemnością przyjęliśmy zaproszenie do złożenia kolejnej wizyty w Muzeum Zamkowym w Malborku, podczas której pooglądamy wystawy tu prezentowane – nie mieliśmy już tym razem ani sił, ani czasu żeby się z nimi zapoznać. Wracaliśmy do Tolkmicka rozmyślając o tych Krzyżakach, zastanawiając, co tak naprawdę o nich myśleć. Czy byli tacy źli i wiarołomni, jak to widział Henryk Sienkiewicz, czy ich Marienburg był „głównym gniazdem zbójeckiego Zakonu”, jak zanotował Stanisław Srokowski ?
A może byli też mądrzy i przezorni, i pomysłowi, i innowacyjni, bo inaczej nie zbudowaliby tak imponującej twierdzy, która przetrwała wieki. Może warto zapamiętać dewizę, którą kierowali się budując ex luto swoją zadziwiającą twierdzę:
„Jeśli jesteś mądry, to oszukaj Panów, co rządzą Prusami”.
-
Title
Title
-
Title
Title
-
Title
Title
-
Title
Title
-
Title
Title
-
Title
Title
-
Title
Title
-
Title
Title
-
Title
Title
-
Title
Title
-
Title
Title
-
Title
Title
-
Title
Title
-
Title
Title
-
Title
Title
-
Title
Title
https://www.powiat.elblag.pl/nb/strona-glowna-2/11114-wizyta-w-muzeum-zamkowym-w-malborku-czesc-druga-zamek-sredni#sigProId87a3aedd87
Dariusz Barton
Powiat Elbląski




